English version soon to follow!
To będzie opowieść o tym, jak nie dałyśmy się klątwie.
Pierwsze przymiarki do szycia robiłyśmy z Pinką już pod koniec zeszłego roku. Przyjechała do mnie nieco zdenerwowana, bo złapał ją fotoradar. Poleciała herbata na ukojenie nerwów i obgadałyśmy wymarzoną spódnicę na szelkach. Spódnicy wciąż nie ma, ale jeszcze będzie. W międzyczasie na drodze stanęły różne rzeczy, na przykład moja skleroza i to, że Pinka nie przyjechała do mnie na urodziny, bo upiła się jeszcze przed wyjściem (to jest mój absolutny numer jeden w kategorii wymówek i nie spodziewam się niczego lepszego do końca życia).
Póki co jednak bardziej pilna okazała się sukienka. Że śluby jakieś się kroją, i trzeba mieć co założyć, a poza tym Pinka tańczy swinga i fajnie by było mieć taką z koła sukienkę, żeby się kręciła. Wiadomo, szyjemy.
Zaczęłyśmy o sukience mówić poważnie 1 września - miała być na 1 października. Tyle czasu! To można ze cztery sukienki uszyć. Albo i dziesięć. Umówiłyśmy się na zdjęcie miary. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie klątwa. Pinka za wszystkie skarby świata nie mogła do mnie dojechać. Najpierw była skleroza. Drugi w kolejce - wirus żołądkowy. Potem byli nagle pojawiający się kuzyni. Następnie - awaria auta. A kiedy już udało nam się spotkać, to dzień przymiarki okazał się dniem końca projektu w pracy, co ponownie pokrzyżowało nam plany. Ostatecznie z miesiąca zrobiły się dwa dni.
Ale, jak widać, uszyłam. Pince zaś bezawaryjnie udało się przyjechać i odebrać sukienkę 1 października. Mam tylko nadzieję, że nie złamała nogi na parkiecie. Jeszcze nie miałam od niej wieści.
Pinki, żyjesz?
Pinki sukienkę uszyłam na podstawie wykroju Sweetheart Party Dress at BrudaStyle
z bawełnianej gabardyny z drugiej ręki.
Follow
Pierwsze przymiarki do szycia robiłyśmy z Pinką już pod koniec zeszłego roku. Przyjechała do mnie nieco zdenerwowana, bo złapał ją fotoradar. Poleciała herbata na ukojenie nerwów i obgadałyśmy wymarzoną spódnicę na szelkach. Spódnicy wciąż nie ma, ale jeszcze będzie. W międzyczasie na drodze stanęły różne rzeczy, na przykład moja skleroza i to, że Pinka nie przyjechała do mnie na urodziny, bo upiła się jeszcze przed wyjściem (to jest mój absolutny numer jeden w kategorii wymówek i nie spodziewam się niczego lepszego do końca życia).
Póki co jednak bardziej pilna okazała się sukienka. Że śluby jakieś się kroją, i trzeba mieć co założyć, a poza tym Pinka tańczy swinga i fajnie by było mieć taką z koła sukienkę, żeby się kręciła. Wiadomo, szyjemy.
Zaczęłyśmy o sukience mówić poważnie 1 września - miała być na 1 października. Tyle czasu! To można ze cztery sukienki uszyć. Albo i dziesięć. Umówiłyśmy się na zdjęcie miary. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie klątwa. Pinka za wszystkie skarby świata nie mogła do mnie dojechać. Najpierw była skleroza. Drugi w kolejce - wirus żołądkowy. Potem byli nagle pojawiający się kuzyni. Następnie - awaria auta. A kiedy już udało nam się spotkać, to dzień przymiarki okazał się dniem końca projektu w pracy, co ponownie pokrzyżowało nam plany. Ostatecznie z miesiąca zrobiły się dwa dni.
Ale, jak widać, uszyłam. Pince zaś bezawaryjnie udało się przyjechać i odebrać sukienkę 1 października. Mam tylko nadzieję, że nie złamała nogi na parkiecie. Jeszcze nie miałam od niej wieści.
Pinki, żyjesz?
Pinki sukienkę uszyłam na podstawie wykroju Sweetheart Party Dress at BrudaStyle

Śliczna sukienka, to jest zdecydowanie mój ulubiony krój. Podoba mi się jej dekolt :)
ReplyDelete